KSIĘGA GOŚCI







ARCHIWUM:
 2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień

LINKI:
 




2012-05-23 23:04:34 >> Bałkany znowu!

I przeleciałem się dookoła: Kraków-Warszawa-Belgrad-Podgorica-Belgrad-Warszawa-Bielsko.

Odkryłem nowy, piekny kraj - Czarnogóra. Wszystko i w miniaturze: spekatkularne góry, morze adriatyckie, jezioro Szkoderskie z pelikanami, Podgorica (bardzo podobna do Bielska) i mieszanka narodowościowa aha i kuchnia - dużo serów, mieszanki ziemniaczane i mięso... Fajnie jest zobaczyć kraj z miejscowym, który zna "sekretne" miejsca jak knajpa Niagara nad turkusową rzeką. Cisza i spokój...

Belgrad to już istny świat, dzika, bałkańska metropolia, ale takie miejsca też uwielbiam. Ale jednak w domu najlepiej...

Oli pękły szwy na łapce i mamy akcję, tępimy łupież u Stefka. Pomidory posadzone pod foliakiem i już za parę dni będą nasze własne truskawki!
 

2012-05-15 21:34:30 >> Oli w bandażach

Dziś Oli przeszła kolejną operację łapki, znowu wycięto jej narośl między poduszkami. Oli i Wujek spisali się dzielnie! Za to Stefek był sam w pracy i był smutny. Robi za owczarka podhalańskiego - jest puchaty po wypraniu i chyba coś przytył.. Nasze rude kochanie (Oli) jest już z nami i mam nadzieję, że łapka będzie zdrowa.
 

2012-05-08 00:17:05 >> Buldożki francuskie i ogolone nogi

Kurczę, jak ja nienawidzę wcześnie wstawać, a tu znowu trzeba dymać do Krakowa na 6 rano, żeby zdążyć na samolot. Zostawiamy samochód na parkingu i czekamy w zimnej poczekalni. Embraer już czeka i lecimy sobie szybciutko. Znowu czekanie, a WiFi na Okęciu jest żenujące: albo zablokowane, alebo powolne albo w ogóle nie ma… Po 11 wsiadamy, kierunek Sofia. Lądujemy i czekamy na chłopaków z firmy wynajmującej samochody, jest jakiś z karteczką, imię się zgadza, ale nazwisko już nie… Dzwonię i gadam z kims kto… stoi 3 metry ode mnie nawet macha do mnie. A na karteczce to byłem ja, niby, bo pomyliły im się rezerwacje. Samochód funkel nówka – Peugeot 206+, ma niecałe 9 tysi na liczniku i jest czerowny… Jedziemy obwodnicą Sofii w stronę Pernika – dziś musimy dojechać do Skopje. Drogę znamy, bo już ją zaliczyliśmy kilka lat temu… i nic się nie zmieniło. Dalej dupki czyli dziury niemiłosierne… Na granicy znowu szopka, pijany celnik zabiera mi jedną reklamową torbę i już w Macedonii. W Skopje mamy problem w znalezieniu zarezerwowanego hotelu, ale udało się. Nad samą rzeką przy głównym deptaku. Po drugiej stronie rzeki budują monumentalny gmach sądu… Toż to moloch… W ogóle całe centrum w budowie. Ukończony jest jedynie łuk tryumfalny Aleksandra oraz fontanna, też Aleksandra Wielkiego. Wieczorem przychodzą moi klienci na piwko – Vlatko i Ljupco i wypijamy kilka kolejek. Umawiamy się na następny dzień – zabiorą nas nad jezioro ochrydzkie (dzielone z Albanią) a po drodze odwiedzimy paru klientów. Jest fajnie, krajobrazy piękne, sporo meczetów, próbujemy lokalnych specjałów (np.: mytnica). Odwiedzamy zatokę kości (neolityczną wioskę na wodzie), cerkiew świętego Nauma z niezliczoną ilościa pawi w ogrodzie oraz cerkwię św. Klemensa (kolebka cyrylicy). Obiadek w restauracji nad samym jeziorem zakrapianą różnymi rodzajami rakiji. Wracamy przez góry, widoki zajebiste!

Niedziela. Kolejny dzień, rano robimy zakupy a w południe przyjeżdża po nas klient z Kosowa – Lumi. I jedziemy do Prisztiny. W końcu poznajemy Lindę – dziewczynę Lumiego. Z Albani przyjeżdża brat Lumiego – Szemi i razem z Rizą idziemy na „najlepszego steka w Prisztinie”. Linda kupuje nam chorągiewki Kosowa i Albanii do mojej kolekcji. Jemy wspólne śniadanie i niestety trzeba wracać. Dziś muszę być w Plodiw w Bułgarii. Jedziemy takimi zadupiami, że aż strach, oczywiście gubimy drogę, bo tu oznakowanie albo w ogóle nie istnieje, albo myli kierowców. Gdy dostajemy się na autostradę wszystko wraca do normy. Odnajdujemy do strzału nasz hotel, a w nim ślicznego łysola-recepcjonistę, mamy całe mieszkanie do dyspozycji. Idziemy na piwo, bo i ciepło dużo misi na ulicach. I jest coś jeszcze, co na początku wydaję się dziwne – wszyscy chłopacy tutaj golą nogi… Ale to wszyscy, nawet takie typowe jebaki-dresiaki… Piwo tanie jak barszcz nawet na deptaku – 5 zł za pół litra… Plowdid okazuje się ładnym miastem z wieloma zabytkami z czasów rzymskich a także meczetem i wielką statuą chyba matki boskiej… Rano robimy zdjęcia i ruszamy do Haskowa, oczywiście wyjazd nie jest łatwy i znowu się gubimy… W Haskowie szybkie spotkanie z klientem, pyszna ryba w Czernooche i już jedziemy do Sozopolu – tam wynająłem cały apartament z 2 wielkimi tarasami do naszej dyspozycji. Droga do Sozopolu to chyba najbardziej dziurawa droga w UE. Jesu, u nas nie ma takich dróg. Przemykamy przez Burgas i już jesteśmy w słynnym Sozopolu… Słynnym, ale chyba raczej w sezonie. Teraz jest pusto, prawie wszystko zamknięte, ale przeraża mnie to, że jest maksymalnie zabudowany. Hotel przy hotelu, wiele w budowie, wiele zaczętych i nieskończonych… Nasz hotel – Logatero – jest świetny, super obsługa, no i jesteśmy sami! Opalamy się na golasa na tarasie, chociaż 500 metrów od nas jest plaża naturystyczna, ale pusta, no ok. są 2 jakieś foki, może 3… Włóczymy się wieczorem po uliczkach starego miasta. Drugi dzień znowu leniuchowanie, tym razem idziemy na nude beach. Na chwilę… Po południu jedziemy do Burgas. Tutaj na plaży króluje ciemny piasek, plaża szeroka i oddzielona wielkim parkiem od miasta. I wszyscy chłopcy mają wydepilowane nogi… Nigdzie z tym nie spotkałem się na taką skalę…  Na kolację caca, czyli panierowane szprotki z piwkiem, bardzo popularne tutaj. Czas szybko mija, ostatni dzień w Sozopolu i teraz do Gabrowa. Rano wujek kupuje tradycyjny gliniany rondel i okazuje się, że zabrał klucz z hotelu więc musimy się wrócić, chcemy zaliczyć jeszcze Neseber, ale gubimy się w Burgas i wyjeżdżamy w złym kierunku. W Gabrowie jesteśmy przed 16 (zaliczamy jeszcze chram w Shipce). Tutaj oczekuje nas cała rodzina mojego klienta, żona Sonia, synowie Georgi i Evgeni, Atanas z żoną Nadią. Jest tak miło… Okazuje zię, że zaplanowali noclegow Wielkim Tyrnowie – dawnej stolicy Bułgarów. Spimy w górskim resorcie w Arbanasi, skąd mamy zajebisty widok na miasto. Wieczorem wielka biba w restauracji, jezusie…

Rano masakryczna pobudka, chce mi się spać, a tu zwiedzanie w planie. Mury obronne, zamek Carewec, wieża Baldwina. Jest gorąco, dziewczyny zostają pod parasolami a my zaliczamy wszystkie zakątki obwarowań, podziwiając muskularne ciało mojego klienta, który z powodu gorąca zdjął koszulkę, Wujek ma nawet teorię, że jest bez bielizny… Obiad w knajpie – biorę mix mięs w saciu (czyli na gorącym półmisku). Niestety trzeba wracać, mamy 250 km do Sofii. Droga się ciągnie, chociaż mały ruch. W Sofii zaraz po przyjeździe zaczyna się burza, po 22 idziemy na kolację, śpimy zaraz koło mixu religijnego – meczet, synagoga, kościół katolicki i rumuński… Trafiamy do jakiegos lokalu pełnego pijanych angoli i dostajemy ofertę „full service” – co sobie tylko życzymy będziemy mieli w 20 minut… Bez komentarza. Nazajutrz jeszcze zwiedzanie bo mamy czas do 12, dziś jest dzień wojska i są jakieś pokazy i defilady, a my zaliczamy kilka cerkwi… Jedziemy na lotnisko i oczywiście się gubimy… Miły taki wypad… Z czym mi się będzie teraz kojarzyć Bułgaria?: ogolone nogi chłopaków, dziury w drogach, zero drogowskazów i buldożki francuskie (bardziej popularne niż goldeny).