25.06.2010
20.00 wyjazd z B-B. Odstawiliśmy Oli na wczasy do Basi, potem jazda do posiadłości Wujka i pożegnanie ze Stefankiem. Kraków. Szybka odprawa i czekanie. Odlot 23.45, ale oczywiście LOT ma opóżnienie „operacyjne” i mamy obsuwę 60 minut. To jeszcze nie tragedia, ale nie chciałbym się spóźnić na Olympica w Atenach. Leje deszcz. Na lotnisku chmary czarterów i od razu po ubraniach wczasowiczów widać jakie kierunki królują – kresze i marmurki to Tunezja, Egipt trochę lepszy – adiki i 3 paski u dresów, Turcja to już prawie klasa lux! W końcu odlatujemy, pilot nadrabia spóźnienie i w Atenach lądujemy o 4 nad ranem. Bagaż też dolatuje, odprawa w Olympic błyskawiczna i punktualnie o 6.10 odlatujemy samolotem śmigłowym na Mykonos. Lot trwa tylko 35 minut, lądujemy, a tu chmury i wcale nie ciepło! Ale podobno od jutra ma być lampa. Hala przylotów wita nas tajemniczym ludzkim gównem leżącym centralnie przy podajniku bagażu, już chyba kilka osób zdążyło w nie wdepnąc tudzież wjechać kółeczkami swoich walizek. Ale jazda! Co to jest? Smród niemożliwy! Witajcie w zbankrutowanej Grecji! Szefo z hotelu - Takis – już czekał. Od razu zapytaliśmy o Leona – pieska, którego poznaliśmy 2 lata temu i wtedy był jeszcze szczeniakiem i przypominał małego Stefana. Leon na sezon mieszka u ojca Takisa – szczekał na gości i obgryzał plastikowe części samochodów! A to urwis! Pokój już czekał – nr 42 – duży z osobną łazienką i aneksem kuchennym, nawet mogliśmy zjeść sniadanie, mimo, że doba hotelowa zaczynała się dopiero od 14.00. Rozpakowaliśmy szybko walizki i padliśmy zmęczeni…
Obudziliśmy się po południu, poszliśmy na basen, wszystko tak jak 2 lata temu, no jest nowe jacuzzi i nowe leżaki, reszta tak samo piękna i malownicza. Zamówiliśmy 2 kawy frappe i wyruszyliśmy na poszukiwaniu wypożyczalni skuterów. Weszlismy do pierwszej z brzegu – obok stacji Shell – u Georg`a – wybieramy srebrne Piaggio, 95€ za 8 dni i jazda! Jedziemy na Super Paradise – tam gdzie 2 lata temu poznaliśmy nasze „szwedzkie” misie. Na plazy dużo ciot i pedałów, królują Włoszki i Francuski, golasów niewiele, ale my oczywiście zdejmujemy wszystkie łaszki. W oddali słychać już plażowego DJ`a i rozpoczynającą się imprezę – to takie plażowe before-party.
Wróciliśmy z plaży po 19.00. W drodze małe zakupy w Protonie – rozcieńczalniki do alko i ser feta na zagryzkę. Drinkujemy trochę nad basenem i jedziemy na kolację do Chory. Kolacja u Antoniego – bierzemy za 54€ półmisek ryb i owoców morza. Obok oczywiście stada ciot i innych indywiduów. Po kolacji zapuszczamy się w znajome uliczki. Dużo ludzi i dużo gejów, czyli gdzie ten kryzys? Wujek zapodaje sobie jeszcze lody cytrynowo-panakotowe. Odnajdujemy znany nam klub Porta, Pierros i odwiedzamy podkościelną pikietę, ale całonocna podróż daje się we znaki i wracamy do Arhontiko i szybko zasypiamy, no jeszcze był seksik, ale zasypiamy, w końcu!
26.06.2010
Budzimy się po 9.00, śniadanie i wsiadamy na brykę. Tankowanie – benzyna po 1,69€ za litr! Jedziemy na Elię. To najfajniesza plaża gejowska na Mykonos. Szalejemy i wynajmujemy parasol z leżakami za 12€, a co! Bogate my cioty z Europy wschodniej, a poza tym to nie chcę się spalić (chociaż to pierwszy raz, kiedy ani razu nie byłem tradycyjnie czerwony jak świnka Piggy). Generalnie geriatria, więc najgorzej nie wyglądamy. Mówiąc „geriatria” mam na mysli pedałów po 30-ce a przed 50-ką, chociaż cioty się dobrze konserwują i pozory mogą mylić. Poznajemy faworyta Wujka sprzed 2 lat – la Espanola, trochę podupadła i cała wygolona, a miał taki fajny busz… Po drodze do hotelu zakupy w sklepie – dziś robimy sałatkę grecką. Była pycha! Wieczorem spacer po Chorze, Wujek konsumuje crepa z nutellą za 4€. Wszędzie pusto, Pierros zamknięty! Około 1 w nocy jedziemy do mocno reklamowanego klubu Bedroom poza miastem – tu tez pusto, no może 10 osób. Co jest? Już wiem pewnie cioty oglądają piłkę nożną!
27.06.2010
Jak zwykle śniadanie nad basenem. Wujek został „opierdolony” przez Wiadera, czyli ojca Takisa – bo nie kroił chleb przez chusteczkę, tylko trzymał go gołymi rękami… Dziś znowu Elia. Znowu geriatria, znowu te gołe dupy! Koło nas rozkłada się niemieckojęzyczny pedał, którego od razu przezywamy Mariolka-Krejzolka. Są dziewczyny z Norwegii (mocno po 60-ce), Wujek ma branie u długowłosego Portugalczyka, poza tym nic się nie dzieje. Wieczorem idziemy na piechotę do knajpy niedaleko hotelu – Oregano. Jedzenie pycha, niedrogo i sami miejscowi, czyli to co lubimy najbardziej! Oczywiście kelner ma dziewczynę z polski i nawet był w naszym kraju w październiku 2009. Jest 23.30 Wujek ubrał się w biała damę i jedziemy do centrum. I bingo! Znaleźliśmy gdzie ukrywają się cioty w noc! Niedaleko ruin kościoła nad samym morzem otwarte są 2 nowe knajpy – Jackie O. oraz Babylon i tam teraz bywa ciotowski świat Mykonos.
28.06.2010
Dziś Super Paradise, chcemy dojechać od drugiej strony, czyli Coco Club, ale trochę błądzimy i tracimy sporo czasu. Wujek wyhaczył … Polaka! Z żoną (ślub na Santorini) pływa jachtem po morzu Egejskim, git! Wieczorem pojechaliśmy do Ornos. W drodze powrotnej wielka awantura przed knajpą, jak się okazała niejedna tego wieczoru (podobną miały cioty-Włoszki na parkingu przed naszym hotelem) i dzisiaj jesteśmy bardzo wyspani…
29.06.2010
Pobudka o 8.00. Płyniemy statkiem na Delos – zobaczyć ruiny wielkiego starożytnego portu i miasta, miejsca narodzin najważniejszych bogów starożytnych Greków - Apolla i Artemidy. Po drodze kupujemy bilety na prom do Pireusu (29.50€/osobę). Delos w czasach świetności zamieszkiwało 30 tysięcy ludzi. Teraz zostały tylko ruiny, czyli dużo kamieni, resztki kolumn, kilka kamiennych lwów i kilka pięknych mozajek. O12.15 powrót na Mykonos, ukrop niesamowity. Kupujemy crepa z szynką i serem – pyszny, wracamy do hotelu i sruuu na Elię. Tu jak zwykle pedalnia. Jest Mariolka-Krejzolka, jest stado ciot amerykańskich, które zamówiły żarcia chyba za 1000€ i w ogóle. Wujek uskutecznia skoki ze skał do wody i rozcharatał sobie nos, ale nie przy skoku tylko przy zwykłym nurkowaniu! Ma wielki strup i jest bardzo męski. Teraz siedzimy nad basenikiem i pijemy frappę. Frappę pije też pewna samotna misia ciapata, trochę utyta, ale ładna buzia i piękne białe ząbki. Misia w końcu podchodzi do nas i robi podryw na „zapalniczkę”. Jest z Indii, ale mieszka w Szwjcarii, wraca ze ślubu (nie swojego) i ma nadzieję na spotkanie w barze wieczorem. Kolacja w knajpie przy PKS-is – tzatziki, grecka, suvlaki i piwo. Koło nas siedzi 4 kolesi – wszyscy do schrupania, szczególnie różowy. W pewnym momencie różowy chwyta swojego kolegę pod stolikiem za fiuta! Rany! Widzisz a nie grzmisz! Oglądamy mecz Portugalia-Hiszpania. Wracamy, robimy się na bóstwa i po północy jedziemy na drinka do Babylonu / Jackie O. Znowu to samo, towarzystwo pręży się i przegląda, są drag queen`y. Wujek się uchlał i latał do kibla, potem podrywał jakieś paszczury wyleniałe. Wkurzyłem się i poszlismy na miasto. W klubach heteryckich zdecydowanie młodsze i ładniejsze misie. Wujek idzie przez miasto z opuszczonymi spodniami, czekamy na aresztowanie… Przed 3.00 wracamy. Wujek spodni nie zgubił!
30.06.2010
Podobno jakieś strajki wczoraj były i rozruchy w Atenach, Pireus zamknięty. Ciekawe jak będzie w piątek jak będziemy płynąć do Aten? Zapytałem o sytuację Sofię – żonę Takisa – wszystko OK., to były zapowiedziane manifestacje i na razie jest spokój, jak jej powiedziałem, że widziałem jak manifestanci rzucali kamieniami w policję, ona stwierdziła „ale to były tylko małe kamienie”. Ot, świat widziany z Mykonos! Już Elia, znowu piękna pogoda, znowu gołe dupy, a ja się relaksuję, bo wiem, że jak wróce do Polski to znów będzie zimno i deszcz. Więc cieszę się z każdej chwili hycora. Kolejna kolacja w Oregano, ja biorę gyrosa z kurczaka a Wujek rybkę. Jak zwykle wszystko pycha, tylko te wielkie porcje (jak się okazało po powrocie przytyłem prawie 3kg). Drzemka i po północy pojechaliśmy do miasta, zapodaliśmy sobie breezera, dziś wyjątkowa nawet spora frekwencja w Pierrosie, nad morzem full. Chujowe w tej lokalizacji jest to, że z każdej knajpy leci inna muzyka i wychodzi kakofonia. Pod kościołem spotkaliśmy Francuzów poszukujących szybkich uniesień i Wujek już się w nich odkochał, no tak, tylko co myśmy robili pod kościołem? Tylko przechodziliśmy, bo… jesteśmy wierni Młodemu, za którym autentycznie tęskniliśmy…
01.07.2010
W drodze na Elię zatrzymaliśmy się w ogrodniczym i … kupiliśmy drzewko oliwne w doniczce, będzie żywa pamiątka z Mykonos (jeśli ją zdołamy przywieźć samolotem). Wróciłem do hotelu z drzewkiem, a Wujek czekał w ogrodniczym i przy okazji „ubiegło go”. Dziś ostatni dzień na plaży, trochę wieje, towarzystwo bez zmian: Norweżki, Ruskie, Zakochane, Pan z ringiem na penisie (gdyby go nie miał jego mikro pomadka chyba byłaby w środku). Cioty stoją w wodzie i się prężą. Brakuje jedynie uśmiechniętych Włoszek i D`Artagnana…
Po południu tradycyjna frappa nad basenem i kolacja na placu z pelikanami. Oczywiście Wujka cioty francuskie spod kościoła znowu wybrały ta samą restaurację, ale mysmy już nie zwracali na nich uwagi, bo zakochałyśmy się w kelnerze. Jezus Maria, zjawisko! Ta kanciasta twarz, zarost, łapki, żyły, pupcia i w ogóle! Wujka coś kręci w brzuchu, pokręcilismy się jeszcze po uliczkach Chory i spanko. Ostatnia noc, jest strasznie ciepło.
02.07.2010
Pokój zdany, do 13.30 byczymy się na basenie, jeszcze gadki z Takisem i Sofią, od wczoraj podniesiono po raz kolejny VAT, a fundamenty koło placu zabaw to będzie kościółek (chyba nr 9536 na Mykonos, bo tu każdy ma swój kościółek), oddaliśmy skuter. Takis zawiózł nas do portu i punktualnie o 13.55 odpływamy do Pireusu. Rejs dłużył się niemiłosiernie, choć był tylko jeden przystanek – na Siros. Te niewygodne plastikowe krzesła! Wujek oczywiście korzystał ze słońca. O 18.30 przybiliśmy do brzegu, na piechotę dotarlismy do metra, które w ogóle nie było oznakowane, bilet 1€, wsiadamy i jedziemy do Monastiraki, a potem na Syntagma. Nasz hotel Amalia lezy naprzeciw ogrodów narodowych i 100 m od parlamentu. Oczywiście w recepcji bajer pt.:”podnieśliśmy standard państwa pokoju do luxury”, aha , akurat! Szybki prysznic i dziemy coś zjeść. Na Place, pod Akropolem znajdujemy knajpkę na stromych schodach i jemy pyszne rzeczy i upijamy się domowym winem. Potem spacer po Psiri i piwko w zatłoczonym barze. Padamy na ryjki.
03.07.2010
Zwiedzamy Akropol z przyległościami, Polaków multum – naród zwiedza obce kraje! Wzgórze Muz i Obserwatorium, muzeum Keramikos. Wujek robi sobie rozbierane zdjęcia na tle Akropolu. Chodzimy uliczkami pod Akropolem, konsumujemy frappę, ale musimy się posiłkowac pomocą gości z knajpki, bo babcia obsługująca nie znała angielskiego, a nasze frappy były dość skomplikowane: jedna bez cukru, druga z 3 łyżeczkami, obie z mlekiem… Zaczyna padać deszcz! Ciapaci są jak taft – przygotowani na każdą pogodę – jak słońce parasolki z papieru, jak pada – normalne parasole. Hycor niemiłosierny. Upijamy się kolejnym domowym winem w knajpie przy Thisso, gdzie zjadamy gyrosa i suvlaki. Potem robimy zakupy pamiątek – w końcu mamy rzeźbę nagiego boga i inne gadżety. Wracamy o 18.00, odpoczywamy. Idziemy zobaczyć zmianę warty pod parlamentem, ale jaja! To jest chore. Psari, Gazi. Wracamy po 2 w nocy.
04.07.2010
Śniadanko w hotelu – tu jest chociaż wybór, bo w Arhontiko trochę ubogo było. Wpadają nam w oko pewien Francuz oraz ciapaty, ładne sztuki. Pakowanie, oddanie bagaży do przechowalni i zwiedzamy dalej: park narodowy z małym zoo, świątynia Zeusa, Plaka. Piwko w knajpce przy Voulis i małe co nieco w QuickPitta (nie polecam), ale Wujek ślini się do kelnera w zielonej koszulce obsługującego windę. Idziemy pod ratusz ateński i znowu do Thisso, dziś jest uliczny jarmark, w którym uczestnicza miejscowi artyści oraz czarni z podrabianymi torbami, zegarkami i ciuchami. Co chwila następuje paniczna ucieczka czarnych na widok policji, ale zaraz potem wszystko wraca do normy. O 23.30 autobusem X95 wyruszamy na lotnisko. Żegnamy Ateny, pewnie tu jeszcze wrócimy. Drzewko oliwne przywieźliśmy bez żadnych problemów, nawet pani stewardesa sama zaproponowała, żeby go jej zostawić w specjalnej szafie przy kokpicie pilotów. Jako jedyni w samolocie o 5.30 rano zamówilismy czewrone wino, ale nawet to nie pomogło w utrzymaniu dobrych humorów – w Krakowie zimno i leje deszcz! Elia, ja chcę z powrotem!