Kurczę, jak ja nienawidzę wcześnie wstawać, a tu znowu trzeba
dymać do Krakowa na 6 rano, żeby zdążyć na samolot. Zostawiamy samochód na
parkingu i czekamy w zimnej poczekalni. Embraer już czeka i lecimy sobie
szybciutko. Znowu czekanie, a WiFi na Okęciu jest żenujące: albo zablokowane,
alebo powolne albo w ogóle nie ma… Po 11 wsiadamy, kierunek Sofia. Lądujemy i
czekamy na chłopaków z firmy wynajmującej samochody, jest jakiś z karteczką,
imię się zgadza, ale nazwisko już nie… Dzwonię i gadam z kims kto… stoi 3 metry
ode mnie nawet macha do mnie. A na karteczce to byłem ja, niby, bo pomyliły im
się rezerwacje. Samochód funkel nówka – Peugeot 206+, ma niecałe 9 tysi na
liczniku i jest czerowny… Jedziemy obwodnicą Sofii w stronę Pernika – dziś musimy
dojechać do Skopje. Drogę znamy, bo już ją zaliczyliśmy kilka lat temu… i nic
się nie zmieniło. Dalej dupki czyli dziury niemiłosierne… Na granicy znowu
szopka, pijany celnik zabiera mi jedną reklamową torbę i już w Macedonii. W
Skopje mamy problem w znalezieniu zarezerwowanego hotelu, ale udało się. Nad
samą rzeką przy głównym deptaku. Po drugiej stronie rzeki budują monumentalny
gmach sądu… Toż to moloch… W ogóle całe centrum w budowie. Ukończony jest
jedynie łuk tryumfalny Aleksandra oraz fontanna, też Aleksandra Wielkiego.
Wieczorem przychodzą moi klienci na piwko – Vlatko i Ljupco i wypijamy kilka
kolejek. Umawiamy się na następny dzień – zabiorą nas nad jezioro ochrydzkie
(dzielone z Albanią) a po drodze odwiedzimy paru klientów. Jest fajnie,
krajobrazy piękne, sporo meczetów, próbujemy lokalnych specjałów (np.:
mytnica). Odwiedzamy zatokę kości (neolityczną wioskę na wodzie), cerkiew
świętego Nauma z niezliczoną ilościa pawi w ogrodzie oraz cerkwię św. Klemensa
(kolebka cyrylicy). Obiadek w restauracji nad samym jeziorem zakrapianą różnymi
rodzajami rakiji. Wracamy przez góry, widoki zajebiste!
Niedziela. Kolejny dzień, rano robimy zakupy a w południe
przyjeżdża po nas klient z Kosowa – Lumi. I jedziemy do Prisztiny. W końcu
poznajemy Lindę – dziewczynę Lumiego. Z Albani przyjeżdża brat Lumiego – Szemi i
razem z Rizą idziemy na „najlepszego steka w Prisztinie”. Linda kupuje nam
chorągiewki Kosowa i Albanii do mojej kolekcji. Jemy wspólne śniadanie i
niestety trzeba wracać. Dziś muszę być w Plodiw w Bułgarii. Jedziemy takimi
zadupiami, że aż strach, oczywiście gubimy drogę, bo tu oznakowanie albo w
ogóle nie istnieje, albo myli kierowców. Gdy dostajemy się na autostradę wszystko
wraca do normy. Odnajdujemy do strzału nasz hotel, a w nim ślicznego
łysola-recepcjonistę, mamy całe mieszkanie do dyspozycji. Idziemy na piwo, bo i
ciepło dużo misi na ulicach. I jest coś jeszcze, co na początku wydaję się
dziwne – wszyscy chłopacy tutaj golą nogi… Ale to wszyscy, nawet takie typowe
jebaki-dresiaki… Piwo tanie jak barszcz nawet na deptaku – 5 zł za pół litra…
Plowdid okazuje się ładnym miastem z wieloma zabytkami z czasów rzymskich a
także meczetem i wielką statuą chyba matki boskiej… Rano robimy zdjęcia i
ruszamy do Haskowa, oczywiście wyjazd nie jest łatwy i znowu się gubimy… W
Haskowie szybkie spotkanie z klientem, pyszna ryba w Czernooche i już jedziemy
do Sozopolu – tam wynająłem cały apartament z 2 wielkimi tarasami do naszej
dyspozycji. Droga do Sozopolu to chyba najbardziej dziurawa droga w UE. Jesu, u
nas nie ma takich dróg. Przemykamy przez Burgas i już jesteśmy w słynnym
Sozopolu… Słynnym, ale chyba raczej w sezonie. Teraz jest pusto, prawie
wszystko zamknięte, ale przeraża mnie to, że jest maksymalnie zabudowany. Hotel
przy hotelu, wiele w budowie, wiele zaczętych i nieskończonych… Nasz hotel –
Logatero – jest świetny, super obsługa, no i jesteśmy sami! Opalamy się na
golasa na tarasie, chociaż 500 metrów od nas jest plaża naturystyczna, ale
pusta, no ok. są 2 jakieś foki, może 3… Włóczymy się wieczorem po uliczkach
starego miasta. Drugi dzień znowu leniuchowanie, tym razem idziemy na nude
beach. Na chwilę… Po południu jedziemy do Burgas. Tutaj na plaży króluje ciemny
piasek, plaża szeroka i oddzielona wielkim parkiem od miasta. I wszyscy chłopcy
mają wydepilowane nogi… Nigdzie z tym nie spotkałem się na taką skalę… Na kolację caca, czyli panierowane szprotki z
piwkiem, bardzo popularne tutaj. Czas szybko mija, ostatni dzień w Sozopolu i
teraz do Gabrowa. Rano wujek kupuje tradycyjny gliniany rondel i okazuje się,
że zabrał klucz z hotelu więc musimy się wrócić, chcemy zaliczyć jeszcze
Neseber, ale gubimy się w Burgas i wyjeżdżamy w złym kierunku. W Gabrowie
jesteśmy przed 16 (zaliczamy jeszcze chram w Shipce). Tutaj oczekuje nas cała
rodzina mojego klienta, żona Sonia, synowie Georgi i Evgeni, Atanas z żoną
Nadią. Jest tak miło… Okazuje zię, że zaplanowali noclegow Wielkim Tyrnowie –
dawnej stolicy Bułgarów. Spimy w górskim resorcie w Arbanasi, skąd mamy
zajebisty widok na miasto. Wieczorem wielka biba w restauracji, jezusie…
Rano masakryczna pobudka, chce mi się spać, a tu zwiedzanie
w planie. Mury obronne, zamek Carewec, wieża Baldwina. Jest gorąco, dziewczyny
zostają pod parasolami a my zaliczamy wszystkie zakątki obwarowań, podziwiając
muskularne ciało mojego klienta, który z powodu gorąca zdjął koszulkę, Wujek ma
nawet teorię, że jest bez bielizny… Obiad w knajpie – biorę mix mięs w saciu
(czyli na gorącym półmisku). Niestety trzeba wracać, mamy 250 km do Sofii. Droga
się ciągnie, chociaż mały ruch. W Sofii zaraz po przyjeździe zaczyna się burza,
po 22 idziemy na kolację, śpimy zaraz koło mixu religijnego – meczet, synagoga,
kościół katolicki i rumuński… Trafiamy do jakiegos lokalu pełnego pijanych
angoli i dostajemy ofertę „full service” – co sobie tylko życzymy będziemy
mieli w 20 minut… Bez komentarza. Nazajutrz jeszcze zwiedzanie bo mamy czas do
12, dziś jest dzień wojska i są jakieś pokazy i defilady, a my zaliczamy kilka
cerkwi… Jedziemy na lotnisko i oczywiście się gubimy… Miły taki wypad… Z czym
mi się będzie teraz kojarzyć Bułgaria?: ogolone nogi chłopaków, dziury w
drogach, zero drogowskazów i buldożki francuskie (bardziej popularne niż goldeny).